FANDOM


{formatowanie}Sekundy zamieniały się w godziny, godziny w miesiące, a miesiące w lata. Nie potrafiłam określić tego, jak długo leżałam w ciemnościach, zanim gwałtowne szarpnięcie mnie zbudziło. Wiedziałam jedynie, że znajdowałam się w jakimś dziwnym pomieszczeniu, o ścianach ze stali, dodatkowo nigdzie nie wypatrzyłam żadnych drzwi, co tylko jeszcze bardziej pobudziło mój niepokój. Za wszelką cenę starałam się przejąć kontrolę nad swoim ciałem, które początkowo niemal całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. Zaczerpnęłam kilka, głębokich oddechów, w miarę możliwości, próbując doprowadzić się do porządku. Kichnęłam kiedy powietrze - gęste, ciężkie, zakurzone - dotarło do moich nozdrzy i zaczęło drażnić oczy. Wydawało mi się, że stoję pośrodku jakiegoś wielkiego kataklizmu, obserwując jak wszystko wokół mnie obraca się w pył. Żadne racjonalne argumenty nie były w stanie wytłumaczyć ogłupiającej pustki w mojej głowie. Pojedyncze wspomnienia pojawiały się i znikały, aby już nigdy do mnie nie powrócić. Poniekąd miałam świadomość tego, iż świat wcale się nie skończył, że Ziemia nadal krąży wokół Słońca. Pamiętałam nazwy poszczególnych planet, czułam powiew ciepłego, letniego wiatru na swojej twarzy. Nie zdołałam przypomnieć sobie jednak uśmiechu mamy ani zmarszczek na czole taty, albo chociażby wizerunku osoby, która uczyła mnie jeździć na rowerze. Tak bardzo chciałam pamiętać. Pamiętać ludzi, którzy mnie kochali, i których ja kochałam. Czy to moja rodzina zgodziła się mnie tutaj umieścić? Czy posiadałam kogoś, z kim spędzałam większość swojego czasu? Komuś niewątpliwie musiało mnie teraz brakować, komuś zostałam przecież odebrana. - Niech mi ktoś pomoże - jęknęłam żałośnie uderzając pięściami o metalową płytę. - Błagam - szepnęłam, ale odpowiedziała mi złowroga cisza, która zapadła w powietrzu niczym zapowiedź śmierci. Wcisnęłam się w kąt pomiędzy jednym rogiem pudła, a przybitą żelaznymi łańcuchami do posadzki, drewnianą skrzynią, pomijając rosnące wewnątrz siebie poczucie klaustrofobii. Przymknęłam delikatnie powieki, znużona, chociaż byłam przekonana, iż pod wpływem stresu, i tak nie uda mi się zasnąć. Zadrżałam z zimna. Objęłam się ramionami, podciągając kolana pod brodę. Zniecierpliwiona, oczekiwałam dalszego rozwoju wydarzeń, wolałam mieć to już po prostu za sobą. - Leia - usłyszałam, po czym natychmiast otworzyłam oczy. Zdziwiona zauważyłam, iż nadal nikogo przy mnie nie było. Bogowie, co jest grane? Może i byłam zmęczona, ale na pewno nie głucha. - Leia - usłyszałam ponownie. Przeraziłam się nie na żarty, uświadamiając sobie jednocześnie coś bardzo ważnego. Leia. To było moje imię. Ucieszyłam się niezmiernie podekscytowana. Chyba jeszcze nic, nigdy nie sprawiło mi takiej radości, w każdym razie, nic od momentu, gdy odzyskałam przytomność. - Leia, musisz wrócić do Labiryntu - poinformował mnie tajemniczy głos, rozpoznałam w nim łagodny, męski baryton. - Leia, jestem Thomas. Możemy ufać sobie nawzajem - odezwał się raz jeszcze. - Hop hop! - zawołałam, marszcząc brwi zaskoczona. Dopiero po upływie dłuższej chwili zrozumiałam, że znowu zostałam sama. Co to miało być, do cholery? Znikąd rozległ się donośny trzask. Uniosłam głowę do góry - to szczelina w suficie powoli się rozsuwała, wpuszczając do pomieszczenia pierwsze promienie słonecznego światła. Zmrużyłam oczy, klnąc pod nosem. Pomyślałam, że wysłano mnie do psychiatryka. Innym sposobem niż transport lądowy. Powitał mnie wyjątkowy rozgardiasz. Ujrzałam niewyraźne, chłopięce sylwetki, pochylające się nade mną. Z ich rozmów udało mi się wyłapać kilka pojedynczych dialogów, które ani trochę nie wywarły na mnie pozytywnego pierwszego wrażenia, a pierwsze wrażenie to podobno podstawa. Wśród moich "Porywaczy", wybuchło nagłe poruszenie. Cofnęłam się raptownie, po czym skuliłam się w sobie jeszcze bardziej, o ile to było w ogóle możliwe. Wbiłam wzrok w przeciwległą blachę, na której dostrzegłam inicjały DRESZCZU, niezaprzeczalnie musiała być to nazwa jakiejś organizacji. Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy pojawił się przy mnie krępy Azjata. Naprawdę modliłam się, aby nie stracić nad sobą panowania i go nie skopać z całej siły, jaka mi jeszcze pozostała, ale równie dobrze, mogłabym sobie strzelić kulkę w łeb. - Ten Sztamak mi na faceta wcale nie wygląda, Szczylniaki - zarechotał. - Albo mamy problem, albo szczęśliwy dzień, obstawiam raczej to drugie - uśmiechnął się szelmowsko. Zdegustowana, wywróciłam oczami. - Spodziewałam się księcia na białym koniu - fuknęłam. - Coś ty za jeden, koleś? - Życia nie znasz, dziewczyno, prędzej przyprowadziłbym ci samego szatana - mruknął. Uśmiechnęłam się niepewnie. Głos miał wbrew pozorom całkiem przyjazny, a w jego ciemnych oczach w kolorze kawy nie było widać wrogości. - W porządku, Świeżuchu, jesteś już bezpieczna. - nie miał nawet pojęcia jak bardzo w tamtym momencie pragnęłam uwierzyć mu na słowo.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki